Proctor Candice - Sebastian St. Cyr 02 - Kiedy bogowie umierają, !!! 2. Do czytania, !!!. Kryminały(1)

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Harris C.S. – Kiedy bogowie umierają
Przełożyła Marta Kleinrok
Podziękowania
Lista osób, którym należą się podziękowania, jest zawsze długa, a w
przypadku tej książki szczególnie - ze względu na okoliczności, w jakich
powstawała. Pisałam ją po uderzeniu huraganu Katrina, który zniszczył
mój dom w Nowym Orleanie. Szczególne podziękowania należą się:
Mojej redaktorce Ellen Edwards za wyrozumiałość i nieocenioną
pomoc w pracy mimo huraganu, ewakuacji, odbudowy domu, a także za
podzielenie się ze mną swoją rozległą wiedzą i przemyśleniami. Twojego
wkładu w tę książkę nie da się przecenić.
Mojej córce Samancie, która dzielnie zniosła najazd trzech pokoleń
naszej rodziny i pięciu kotów na swoje niewielkie mieszkanie studenckie w
Baton Rouge oraz córce Daniele, która bez narzekania całe tygodnie spała
na drewnianej ławie. Twarde z was sztuki.
Mojej matce Bernadine Wegmann Proctor, która na tak długo
pozwoliła nam przejąć swój ocalały w powodzi dom w Métairie oraz mojej
siostrze Pénélope Williamson, która służyła nam pomocą, kiedy tak
desperacko jej potrzebowaliśmy.
Emily i Bruce’owi Toth (oraz ich dwóm pociesznym zwierzakom -
Beauregardowi i Panu Fussy), którzy wspaniałomyślnie otworzyli swój
dom w Baton Rouge dla wielu członków mojej rodziny i dwóch z naszych
kotów; mojej agentce Helen Breitwiezer, przyjaciołom Edowi i Lynn
Lindahl oraz Paulowi i Adriel Woodman, którzy udzielili nam gościny w
swoich domach w Beverly Hills, Arizonie i Alabamie. Wasza
wspaniałomyślność poruszyła mnie go głębi.
Wszystkim przyjaciołom i krewnym, którzy wspierali mnie przez te
ponure, gorączkowe dni po potopie, oferując swoją przyjaźń i pomoc.
Dziękuję zwłaszcza starym przyjaciołom Tomowi Hudsonowi, Nickowi
Fiedlerowi i Tomy emu Lufti; moim australijskim przyjaciołom Wirginii
Taylor, Trish Mullin i Gillowi Cooperowi oraz kuzynowi Gregowi
Whitlockowi.
Benowi Woodmanowi, który zrezygnował z części urlopu, by
zdzierać spleśniałą izolację i deski, oraz Jonowi Stebbinsowi, który nie
tylko poświęcił swój wolny czas, by przez wiele tygodni pomagać w
odbudowie naszego domu, ale podnosił nas też na duchu, gdy najbardziej
tego potrzebowaliśmy. Niewielu jest takich przyjaciół.
Kathleen Davis, Elorze Fink, Charlesowi Gramlichowi, Laurze Joh
Rowland i Emily Toto z koła literackiego
Monday Night Wordsmiths,
którzy pozostali w kontakcie choćby przez e-mail. Jestem wam wdzięczna
za przyjaźń, rozmowy i wsparcie.
Oraz mojemu mężowi Steve’owi Harrisowi, który jest świetnym
kompanem do snucia intryg, ale sprawdził się też jako spec od
elektryczności. Bez Ciebie u boku nie przetrwałabym Katriny ani ciężkich
dni, które po niej nastały.
1
P
AWILON
K
RÓLEWSKI
, B
RIGHTON
, A
NGLIA
ŚRODA
, 12
CZERWCA
l8ll
ROKU
W
iedział, że do niego przyjdzie. Zawsze przychodziły.
Jego Królewska Wysokość Jerzy, książę Walii i od ponad czterech
miesięcy regent Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii,
zamknął za sobą drzwi gabinetu i potoczył wzrokiem po ponętnych
krągłościach swojej towarzyszki.
- Widzę, żeś pani zmieniła zdanie i rozważyła swą pochopną
odmowę mojej propozycji przyjaźni.
Nie odpowiedziała. Migoczący płomień świecy spowijał cieniem jej
oblicze, tak że książę nie mógł z niego nic wyczytać, podczas gdy blada
dłoń spoczywała prowokująco na pozłacanym rzeźbieniu stojącej obok
kominka sofy. Większość ludzi narzekała na wysokie temperatury, w
jakich Jerzy nawet w tak ciepłe letnie noce zwykł utrzymywać swoje
salony. Ta kobieta jednak zdawała się upajać tym ciepłem - spod zsuniętej
z ramion sukni kusząco wystawały jej bose stopy. Książę oblizał wargi.
Zza zamkniętych drzwi dobiegały dźwięki koncertu Bacha
zmieszane ze szmerem kurtuazyjnych głosów zgromadzonych licznie
gości, gdzieś w oddali zadźwięczał słabo piskliwy kobiecy śmiech. Na ten
dźwięk Jerzy poczuł, jak w przypływie niepewności żołądek podchodzi mu
do gardła.
Dzisiejsze przyjęcie było wyjątkowe, gdyż jako gość honorowy
przybył nikt inny, jak sam zdetronizowany król Francji Ludwik XVIII.
Reszta, cała zarozumiała śmietanka kostycznych, wyniosłych dam i
dżentelmenów, przychodziła tu co wieczór. Pili wino księcia, raczyli się
jego jedzeniem i słuchali muzyki, ale wiedział, co tak naprawdę o nim
myślą. Zawsze z niego szydzili i mieli go za błazna. Poszeptywali, że jest
równie obłąkany, co jego ojciec. Sądzili, że o tym nie wie, ale on wiedział.
Tak jak też zdawał sobie sprawę, jakim pośmiewiskiem stałby się, gdyby
ta kobieta kolejny raz wystrychnęła go na dudka.
Dlaczego milczała?
Jerzy wyprostował się niepewnie i wyprężył tors.
- O co chodzi, pani? Czyżbyś zwabiła mnie tu jedynie, by drażnić się
ze mną, zabawić się mym kosztem?
Zrobił krok w jej stronę, lecz zachwiał się i pulchną ręką złapał za
rzeźbione oparcie stojącego obok krzesła. Poczuł ból w kostce. Nie
wytrzymywała jego ciężaru. Wiedział jednak, co robić - potrafił
balansować na jednej nodze lepiej niż większość młodzieniaszków.
Wszyscy tak twierdzili.
Świece w pozłacanych kinkietach zapłonęły złotym światłem, a
potem przygasły. Nie pamiętał, żeby siadał, ale kiedy otworzył oczy,
spoczywał rozparty w fotelu, z podbródkiem zatopionym głęboko w
fałdach fularu. Czuł spływającą z kącika ust strużkę śliny. Wierzchem
dłoni wytarł usta i podniósł głowę.
A ona leżała jak przedtem, jedna noga zwisała z obitej żółtym
aksamitem sofy, a połyskująca szmaragdowozielona suknia była
rozsznurowana i odsłaniała kusząco nagie ramiona. Zastanowiły go jej
szeroko otwarte, dziwnie niewidzące oczy.
Ginewra Anglessey. Cóż to była za piękność! Delikatnie
uformowane krągłości jej na wpół odkrytych piersi były białe niczym
alabaster, kruczoczarne włosy lśniły w blasku świec. Jerzy zsunął się z
fotela, przyklęknął i ujął jej zimną dłoń.
- Pani? - spytał drżącym głosem.
Zaniepokoił się nieco. Nienawidził scen, a jeśli ona dostała jakiegoś
ataku, toby dopiero był skandal. Wsunął ręce pod jej obnażone ramiona,
uniósł ją i delikatnie potrząsnął.
- Czyżbyś pani, och, mój Boże, czyżbyś zaniemogła? Sama myśl
przyprawiła go o ciarki. Był przecież taki podatny na infekcje...
- Mam wezwać doktora Heberdena?
Chciał jak najprędzej się od niej odsunąć, ale leżała przechylona na
bok w tak niewygodnej pozycji, że trudno mu było ją ułożyć.
- Pozwól proszę, że ułożę cię wygodnie, a sam zawołam...
Urwał i gwałtownym ruchem obrócił głowę w stronę
dwuskrzydłowych drzwi, które ktoś właśnie otworzył na oścież.
- A może tu się książę ukrywa... - usłyszał rozbawiony kobiecy głos.
Przyłapany z piękną, młodą żoną markiza Anglessey, nieprzytomną
w jego niezdarnych ramionach, Jerzy zesztywniał. Świadomy swej
odrażająco groteskowej pozy, nerwowo oblizał suche wargi.
- Zemdlała, zdaje się.
Lady Jersey stała z ręką zaciśniętą na klamce. Jej przykryte różem
policzki stopniowo traciły kolor, a oczy robiły się coraz większe.
- Na Boga! - wydyszała.
W drzwiach zaroiło się od piszczących kobiet i spoglądających
spode łba mężczyzn. Dostrzegł swojego kuzyna Jarvisa i pochmurnego
syna lorda St. Cyra - wicehrabiego Dewlinu. Wszystkie oczy zwrócone
były w jego stronę. Chwilę trwało, zanim Jerzy zorientował się, że nie
patrzą wcale na niego, lecz na wysadzaną klejnotami rękojeść sztyletu
sterczącego z nagich pleców markizy Anglessey.
Książę wrzasnął cienkim, wręcz kobiecym głosem, a płomień świecy
zamigotał i zgasł.
[ Pobierz całość w formacie PDF ]