Prolog i rozdziały 1-11, !!! 2. Do czytania, Druga szansa - mój drugi ff o Alice

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Prolog
Powoli otworzyłam oczy i rozejrzałam się dookoła. Co się
stało? Gdzie ja się znajdowałam? No cóż wygląd tego
pomieszczenia wskazywał na salę szpitalną. Ściany były białe,
a ja leżałam na łóżku podłączona do różnych maszyn i
kroplówki. Spróbowałam się podnieść, ale zaraz tego
pożałowałam… Wszystko mnie bolało, ręce miałam
pokaleczone i posiniaczone. Jęknęłam i z powrotem upadłam
na poduszkę. O co tu chodziło? Chciałam się dowiedzieć jak
najszybciej, ale nikogo, kogo mogłam o to spytać koło mnie
nie było. A gdzie moi rodzice? Aż chciało mi się krzyknąć
żeby ktoś wreszcie tu przyszedł i wytłumaczył mi to
wszystko, ale nie chciałam wyjść na wariatkę.
Na powrót zamknęłam oczy i czekałam. Czekałam aż ktoś się
koło mnie zjawi albo aż zasnę, wtedy przynajmniej przestanę
myśleć o tym wszystkim…
Mijały godziny, a ja w końcu zmęczona czekaniem na
kogokolwiek zasnęłam…
- Witaj.- wyrwał mnie z krainy snów jakiś ciepły, męski głos.
- Dzień dobry.- odpowiedziałam odruchowo otwierając oczy.
- Jak się czujesz?- spytał.
- A jak mogę się czuć?- odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
- No pewnie nienajlepiej. Pamiętasz w ogóle co się stało?-
mówił, a ja się mu przyglądałam. Miał około dwudziestu
sześciu lat, był wysoki i miał blond włosy. Wydawał mi się
bardzo miłym mężczyzną.
- Nie pamiętam… No i czemu tu jestem?! Co się stało i gdzie
są moi rodzice?!- krzyczałam.
- Spokojnie…- zaczął- … Jesteś tutaj, ponieważ…- wyglądał
na bardzo zasmuconego.
- No powiedz mi, proszę! Stało się coś złego?- denerwowało
mnie to, ze nie chciał mi nic powiedzieć i ze ja nic nie
pamiętałam.
- A więc wszystko zaczęło się od tego, że miałaś opiekować
się dziećmi pewnej bogatej pary. Byłaś opiekunką
pamiętasz?- spytał.
- Chyba tak…- powoli zaczęłam sobie przypominać…
- Niestety właśnie wtedy, kiedy ty miałaś je pod swoja opieką
jacyś porywacze postanowili je porwać… Ty nie chciałaś na to
pozwolić, próbowałaś uciec razem z dziećmi, ale ci się to nie
udało. Porywacze porwali więc i ciebie…- opowiadał, wszystko
to co mówił widziałam jak przez mgłę, ale zaczęłam sobie
uświadamiać, że ta historia nie ma szczęśliwego finału.
- Wywieźli cię razem z dziećmi do jakiejś opuszczonej
rudery za miastem… Zadzwonili do rodziców dzieci z
żądaniami okupu, no a ty… nie byłaś im potrzebna. Sam nie
wiem, kiedy ci się to udało, ale zawiadomiłaś swoich rodziców
gdzie jesteś i co się dzieje… Wezwali policję, pogotowie, ale
sami szybciej znaleźli się w tym strasznym miejscu…
Zobaczyli jak tamci mężczyźni cię krzywdzili i nie
wytrzymali…- głos mu się w końcu załamał, a ja zaczęłam
sobie przypominać, co było dalej… Łzy napłynęły mi do oczu.
Moi rodzice nie żyli i to była moja wina!
- Tylko spokojnie, tu ci nic nie grozi.- lekarz zauważył, ze
zaczęłam płakać- Twoich rodziców mi się niestety nie udało
uratować chodź się starałem…
- Ale jak ja sobie teraz poradzę?! Zostałam sama!-
przerwałam mu i się rozpłakałam.
- Tamta para w podziękowaniu, że uratowałaś ich dzieci
założyła ci konto w banku i wpłaciła tam sumę 50 000
dolarów.- pocieszał mnie.
- I co mi z pieniędzy? Nie mam rodziny, domu… Niczego…-
żaliłam się.
- No może masz, jeśli się zgodzisz…- zaczął.
- Na co?- zdziwiłam się.
- Jestem Carlisle Cullen i jeżeli byś tylko chciała mógłbym
przygarnąć cię do swojej rodzina. Mam już piątkę
nastolatków mniej więcej w twoim wieku, którzy też przeżyli
rożne życiowe tragedie.- przedstawił swoją propozycję.
- Nie wiem, co mam powiedzieć…- naprawdę mnie zaskoczył.
- Wiem jak ci teraz ciężko, więc dam ci czas na
zastanowienia. Pójdę teraz do innych pacjentów i jak wrócę
to powiesz mi co postanowiłaś, dobrze?
- Dobrze.- zgodziłam się i Carlisle wyszedł.
Był bardzo miły, ale nie wiedziałam co mam myśleć o jego
propozycji… Moje całe życie się zawaliło. Straciłam dom,
moją kochaną mamę i tatę… Znów się rozpłakałam. Nawet
kiedy płakałam wszystko mnie bolało… Byłam szczęśliwa
przynajmniej z tego powodu, że nie pamiętałam co ci
mężczyźnie ze mną robili… Moja poduszka była już cała
mokra od łez.
1 Początek koszmaru
Od dziecka mieszkałam w Seattle z rodzicami. Nigdy mimo
wszystko nie miałam, na co narzekać. Kochałam moich
rodziców, którzy zawsze starali się mi pomagać. Jak każda
nastolatka chodziłam do szkoły. Nawet dobrze mi w niej szło,
ale nie miałam zbyt wielu przyjaciół, a w sumie to ich nie
miałam. Oczywiście podczas sprawdzianów to każdy chciał ze
mną siedzieć w ławce, ale chyba nie muszę tłumaczyć, po co
im to było…
Po szkole dorabiałam jako opiekunka dla dzieci. Moi rodzice
nie zarabiali zbyt wiele, więc musiałam im jakoś pomagać.
Lubiłam zajmować się dziećmi. Zawsze chciałam mieć młodszą
siostrę, ale to niestety się nie udało… Moja mama była w
ciąży i urodziła śliczną dziewczynkę… Niestety mała Cynthia
zmarła zaraz po urodzeniu. Wszyscy bardzo to przeżyliśmy,
lekarze mówili, ze nic nie mogli zrobić, ale ja wiem, że jeśli
bylibyśmy bogatsi i mogli im zapłacić Cynthia by jeszcze
żyła…
Ten dzień zaczął się jak każdy inny i nic nie wskazywało na
to, że zmieni on całe moje życie. Każdego ranka jak zawsze
wstałam o godzinie szóstej. Umyłam się, uczesałam i
umalowałam. Spakowałam się na lekcję i gotowa zeszłam na
dół zjeść śniadanie. Moi rodzice jak zawsze krzątali się już
po kuchni.
- Dzień dobry kochanie. – przywitała mnie jak zawsze mama.
- Cześć mamo, cześć tato.
- Witaj skarbie. – przywitał się tata wyciągając nos z gazety.
Tak kochałam te nasze wspólne poranki, niby nic, a były dla
mnie takie ważne. Zjadłam szybko śniadanie i wyszłam do
szkoły.
- Miłego dnia Alice! Pa! – pożegnali mnie rodzice.
- Pa, pa! – odpowiedziałam.
Jak zawsze do szkoły musiałam iść piechotą. Oczywiście z
tego powodu byłam wyśmiewana, bo wszystkie dzieciaki
dojeżdżały do szkoły swoimi ‘super’ samochodami.
Wyśmiewali też mój ubiór, uczesanie i każdą inną rzecz, do
której mogli się przyczepić. Bardzo mnie to denerwowało, ale
starałam się na to nie zwracać uwagi. Dobrze wiedziałam, że
chodź rodzice kochają mnie tak samo mocno jak tamte
bogate dzieciaki są kochane przez swoich, to nie mogli
kupować mi takich drogich i modnych rzeczy. Nie miałam im
tego za złe.
[ Pobierz całość w formacie PDF ]