Proulx Annie - Tajemnica Brokeback Mountain(1), ►Dla moli książkowych, P

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
ANNIE PROULX
TAJEMNICA
BROKEBACK
MOUNTAIN
Przekład
Konrad Majchrzak
DOM WYDAWNICZY REBIS
Poznań 2OO6
E
nnis del Mar budzi się przed piątą, wiatr kołysze przyczepą kempingową,
świszcze w szparach wokół aluminiowych drzwi i ram okiennych. Wiszące na
gwoździu koszule drżą delikatnie. Mężczyzna wstaje, drapie się w pokryte trójkątem
posiwiałych włosów podbrzusze; powłócząc nogami, podchodzi do kuchenki gazowej,
wsypuje resztki kawy do poobijanego emaliowanego rondla; niebieski płomień
spowija naczynie. Odkręca kurek i oddaje do zlewu mocz, wciąga koszulę i dżinsy,
znoszone buty, uderza obcasami o podłogę, żeby weszły do końca. Wiatr z hukiem
omiata zakrzywione ściany przyczepy, poprzez jego wycie Ennis słyszy chrzęst
drobnego żwiru i piasku. Na szosie może być ciężko z tą przyczepą dla koni. Musi się
spakować i wynieść stąd jeszcze tego ranka. Kolejne ranczo wystawiono na sprzedaż;
wczoraj wywieziono resztę koni, zapłacono ludziom. „Daj je temu oszukańcowi od
nieruchomości, ja stąd wybywam”, powiedział właściciel, kładąc klucze na dłoni
Ennisa. Pewnie będzie musiał przeczekać u swojej zamężnej córki, dopóki nie
znajdzie innej roboty. W tej jednak chwili przepełnia go radość, ponieważ Jack Twist
pojawił mu się we śnie.
Zwietrzała kawa wrze; zanim zdąży wykipieć, chwyta rondel, wlewa ją do
brudnego kubka i dmucha na czarny płyn, pozwala, by tafla snu przysunęła się bliżej.
Jeśli nie będzie zbytnio skupiał na tym śnie uwagi, może czerpać z niego przez cały
dzień, przywrócić tamten dawny czas na zboczu zimnej góry, kiedy świat należał do nich
i wszystko wydawało się słuszne. Wiatr uderza gwałtownie w przyczepę niczym wielka
gruda ziemi spadająca z wywrotki, uspokaja się, zamiera, zapada chwila ciszy.
W
ychowali się na małych, biednych ranczach, w dwóch przeciwległych
zakamarkach tego samego stanu, Jack Twist w Lightning Flat, przy granicy z
Montaną, Ennis del Mar niedaleko Sage w pobliżu granicy z Utah; dwaj wiejscy
chłopcy bez szkoły średniej, bez perspektyw, skazani na ciężką pracę i na
niedostatek, obaj nieokrzesani, nie przebierający w słowach, nauczeni żyć bez
uzewnętrzniania uczuć. Ennis, wychowywany przez starszego brata i siostrę po
tym, jak ich rodzice wypadli z trasy na jedynym zakręcie Drogi Zdechłego Konia,
zostawiając w spadku dwadzieścia cztery dolary gotówką i ranczo obciążone
dwukrotnie przekraczającą jego wartość hipoteką, w wieku czternastu lat wystąpił
o prawo jazdy dla nieletnich, bo pozwalało mu ono pokonywać drogę z rancza do
szkoły w godzinę.
Pick-up, którym jeździł, był stary, nie miał ogrzewania, jedną tylko
wycieraczkę i zdarte opony; kiedy wysiadła skrzynia biegów, nie było pieniędzy na
naprawę. Chciał iść do liceum, wydawało mu się, że jest w słowie liceum coś
takiego, co wyróżni go spośród innych, ale samochód zepsuł się za wcześnie i
skazał go na pracę na ranczu.
W1963 roku, kiedy poznał Jacka Twista, był zaręczony z Almą Beers.
Zarówno Jack, jak i Ennis utrzymywali, że oszczędzają pieniądze na małe ranczo;
w przypadku Ennisa oszczędzanie zaowocowało dwoma pięciodolarowymi
banknotami schowanymi w puszce po tytoniu. Tamtej wiosny, spragnieni
jakiejkolwiek roboty, zgłosili się do Biura Zatrudnienia Pracowników Farm i
Rancz, na liście znaleźli się obaj, jeden jako pasterz, drugi jako nadzorca
obozowiska przy tym samym wypasie owiec na północ od Signal. Letnie pastwiska
leżały powyżej linii drzew, na zboczach Brokeback Mountain, terenach należących
do rządowej Agencji Leśnictwa. Dla Jacka Twista miało to być już drugie lato na
tej górze, dla Ennisa pierwsze. Żaden z nich nie miał jeszcze dwudziestu lat.
Podali sobie ręce w małej, dusznej przyczepie kempingowej służącej za
kantorek. Stali obok stołu zarzuconego zapisanymi kartkami papieru, z bakelitowej
popielniczki wysypywały się niedopałki. Trójkąt białego światła, wciskającego się
do środka przez krzywo wiszące żaluzje, przecinał co chwilę cień ręki brygadzisty.
Joe Aguirre miał falujące włosy w kolorze papierosowego popiołu z przedziałkiem
pośrodku głowy; właśnie ich instruował:
— Agencja Leśnictwa wyznaczyła specjalne kawałki terenu pod obozowiska. Mogą
się znajdować nawet o parę mil od miejsca, gdzie wypasamy owce. Drapieżniki
powodują duże straty, bo w nocy nikt nie ma na nie oka. Ma być tak: obozowy w
obozie głównym, tam gdzie nakazuje Agencja, ale PASTUCH — krawędź dłoni
zwrócił w stronę Jacka — ustawia chyłkiem namiot przy owcach, w niewidocznym
miejscu, i w nim ŚPI. Kolację, śniadanie jeść w obozie, ale SPAĆ Z OWCAMI, na
sto procent, ŻADNYCH OGNISK, ŻADNYCH ŚLADÓW. Codziennie rano zwijać
pałatkę, na wypadek jakby leśni węszyli w okolicy. Wziąć psy, strzelbę, spać na
miejscu. Zeszłego lata było prawie dwadzieścia pięć procent cholernych strat. Nie
chcę, żeby się to powtórzyło. TY — powiedział do Ennisa, obejmując wzrokiem
zmierzwione włosy, duże podrapane dłonie, rozdarte dżinsy, rozchełstaną,
pozbawioną guzików koszulę — w piątki w samo południe masz być przy moście z
listą tego, co potrzebne na następny tydzień i z mułami. Ktoś przywiezie
zaopatrzenie pick-upem. — Nie pytał, czy Ennis ma zegarek, tylko z pudełka
stojącego wysoko na półce wyjął tandetny, okrągły zegarek kieszonkowy na
splecionym sznurku, nakręcił go, nastawił i rzucił młodemu człowiekowi, jakby nie
było warto sięgać do niego ręką. — JUTRO RANO zawieziemy was do miejsca, z
którego zaczynacie. — Para nieudaczników zmierzająca donikąd.
Znaleźli bar i całe popołudnie pili piwo. Jack opowiedział Ennisowi o
ubiegłorocznej burzy z piorunami, która zabiła na zboczu góry czterdzieści dwie
owce, o ich osobliwym odorze i o tym, jak się po śmierci rozdęły, dodał, że tam na
górze potrzeba dużo whiskey.
Powiedział, że zastrzelił orla, i odwrócił głowę, żeby pokazać pióro z jego ogona
wetknięte za opaskę u kapelusza. Na pierwszy rzut oka Jack sprawiał całkiem miłe
wrażenie, miał kręcone włosy i był skory do śmiechu, ale jak na niewysokiego
mężczyznę był nieco za ciężki w zadku, a kiedy się uśmiechał, pokazywał wystające
zęby, nie na tyle co prawda sterczące, żeby mógł wyjadać popcorn przez wąską
szyjkę dzbanka, ale rzucające się w oczy. Uwielbiał rodeo, nosił pasek ze sprzączką
typową dla ujeżdżaczy byków, buty miał zdarte na wylot, z dziurami nie do załatania
i wyrywał się w świat, gdziekolwiek, byle jak najdalej od Lightning Flat.
Ennis, niechlujny, z garbatym nosem, pociągłą twarzą i nieco zapadniętą
klatką piersiową, z długimi nogami i krótkim tułowiem, był muskularny, ciało miał
giętkie, idealne do konnej jazdy i do bójki. Miał też doskonały refleks i był takim
dalekowidzem, że nie znosił czytać niczego prócz katalogu siodeł Hamleya.
Owce i konie wyładowano z ciężarówek i z przyczep w miejscu, w którym
zaczynał się szlak, a krzywonogi Bask pokazał Ennisowi, jak ma objuczać muły —
u każdego dwie paki po bokach i bagaż na grzbiet, wszystko mocno przymocowane
podwójnym wiązaniem na krzyż i zabezpieczone węzłem zaciskowym.
— Nigdy nie zamawiaj zupy. Te skrzynki z zupą nielekko jest przymocować —
powiedział.
Trzy pasterskie szczeniaki znalazły się w koszu, najsłabszy za pazuchą u
Jacka, który uwielbiał małe psy. Ennis wybrał sobie na wierzchowca dużego
kasztanka zwanego Cygarowy Pet, Jack gniadą klacz, która okazała się wyjątkowo
płochliwa. W rządku zapasowych koni znalazł się też myszaty siwek, który spodobał
się Ennisowi. Ennis i Jack, psy, konie i muły, tysiąc owiec z jagniętami popłynęli jak
rzeka brudnej wody szlakiem ciągnącym się z początku pomiędzy drzewami, a
wyżej, ponad ich linią, przecinającym wielkie połacie ukwieconych łąk bez ustanku
omiatanych zmiennym wiatrem.
Na wyrównanym przez leśników kawałku terenu ustawili duży namiot, przygotowali
kuchnię i złożyli prowiant. Tej pierwszej nocy obaj spali w obozie i Jack zrzędził na
Joego Aguirre'a, który mu nakazał spać z owcami i zakazał rozpalania tam ognia,
kiedy jednak o ciemnym przedświcie siodłał swoją gniadą, mówił niewiele. Świt
wstał szkliście pomarańczowy, podbarwiony od dołu krystalicznym seledynowym
pasem. Czarny jak sadza masyw góry bladł z wolna, aż nabrał koloru dymu z
rozpalonego przez Ennisa ogniska.
Zimne powietrze złagodniało, pasiaste kamyki i grudki ziemi zaczęły nagle rzucać
długie jak ołówki cienie, a rosnące poniżej sosny zastygły w mroczne malachitowe
bryły.
W ciągu dnia Ennis spoglądał w górę poprzez dzielącą ich przestrzeń i od
czasu do czasu dostrzegał Jacka, małą kropkę przesuwającą się wysoko na hali
niczym owad wędrujący po obrusie; Jackowi w ciemnym obozowisku Ennis
wydawał się niczym nocny ognik, czerwona iskierka tańcząca na ogromnym,
czarnym masywie góry.
K
tóregoś późnego popołudnia Jack przyczłapał na swoim wierzchowcu, wypił
dwie butelki piwa, schłodzone w mokrym worku położonym w cieniu namiotu, zjadł
dwie miski gulaszu, cztery twarde jak kamień herbatniki Ennisa, puszkę brzoskwiń,
zapalił skręta, zapatrzył się na zachodzące słońce.
— To jeżdżenie tam i z powrotem zabiera mi cztery godziny dziennie — oświadczył
ponuro. — Jedź na śniadanie, wracaj do owiec, wieczorem zbierz je do kupy, jedź na
kolację, potem z powrotem do owiec, połowę nocy zrywaj się i sprawdzaj, czy nie
ma kojotów. Po prawie powinienem sypiać tutaj. Aguirre nie ma żadnego prawa
zmuszać mnie do tego kręcenia się w kółko.
— Chcesz, żebym dał ci zmianę? — spytał Ennis. — Pasuje mi pasterzowanie. I
spanie tam na górze.
— Nie w tym rzecz. Chodzi o to, że oba powinniśmy mieszkać tu, w obozie. A
tamten cholerny namiot śmierdzi jak kocie szczyny albo i co gorszego.
— Mi nie zawadza tam iść.
— Wiesz co, z tuzin razy musisz tam się zrywać po nocy przez te kojoty. Chętnie
bym się zamienił, ale muszę cię ostrzec, że gówniany ze mnie kucharz. Za to
świetnie se radzę z otwieraczem do puszek.
— No to nie jesteś gorszy ode mnie. Naprawdę, chętnie to zrobię.
Przez godzinę odpędzali noc żółtym światłem lampy naftowej, a około
dziesiątej Ennis na grzbiecie Cygarowego Peta, zdatnego do nocnej wędrówki,
pojechał po roziskrzonej szronem ziemi do owiec, uwożąc ze sobą resztę
herbatników, słój dżemu i puszkę kawy na następny dzień, co miało mu oszczędzić
jednej jazdy, bo będzie mógł zostać przy zwierzętach aż do kolacji.
— Ustrzeliłem kojota o pierwszym brzasku — oznajmił następnego wieczoru.
Ochlapywał gorącą wodą i mydlił twarz, wyrażając nadzieję, że jego brzytwa
jeszcze nie całkiem się stępiła, podczas gdy Jack obierał ziemniaki. — Wielki był
drań. Jajca u niego jak jabłka. Założę się, że załatwił parę jagniąt. Wyglądał mi na
takiego, co mógłby wtrząchnąć i wielbłąda. Chcesz trochę gorącej wody? Jest dosyć.
— Możesz zużyć całą.
— No dobra, to umyję wszystko, do czego tylko sięgnę — powiedział, po czym
ściągnął buty i dżinsy (żadnych slipów, żadnych skarpetek, zauważył Jack) i tak
energicznie wymachiwał zieloną myjką, że aż ogień zasyczał od kropel wody.
Ucztowali przy ogniu, puszka fasoli na każdego, smażone kartofle i kwarta whiskey
na dwóch, siedzieli oparci plecami o kłodę drzewa, z podeszwami butów i
mosiężnymi nitami dżinsów nagrzanymi ogniem, podawali sobie butelkę z rąk do
rąk, podczas gdy lawendowe niebo traciło barwę, a chłodne powietrze spływało po
ziemi, pili, palili papierosy, wstawali od czasu do czasu, żeby się wysikać, światło
ogniska pobłyskiwało w łukowatym strumieniu moczu, ciskali do ognia patyki, żeby
podtrzymać rozmowę, gadali o koniach i rodeo, ujeżdżaniu koni i byków,
złamaniach i odniesionych obrażeniach, o łodzi podwodnej
Thresher
, która poszła
na dno z całą załogą, i jak to musiało wyglądać w tych ostatnich pozbawionych
nadziei chwilach, o psach, które mieli albo znali, o poborze do wojska, o rodzinnej
farmie Jacka, której nadal trzymali się kurczowo jego ojciec i matka, o rodzinnym
gospodarstwie Ennisa, zlikwidowanym już lata temu po śmierci rodziców, o
starszym bracie mieszkającym w Signal, zamężnej siostrze z Casper. Jack
powiedział, że przed laty jego ojciec był dość znany z ujeżdżania byków, ale
zawodowe tajemnice trzymał dla siebie, nigdy nie wspomógł Jacka nawet słowem,
nigdy nie przyszedł zobaczyć, jak Jack jeździ, chociaż sam sadzał go na grzbietach
owiec, kiedy Jack był małym chłopcem. Ennis powiedział, że osobiście interesuje go
jazda, która trwa dłużej niż tylko osiem sekund, i był w tym jakiś sens. W
pieniądzach jest sens, oświadczył Jack i Ennis przyznał mu rację. Cierpliwie słuchali
się nawzajem, zadowoleni z własnego towarzystwa, w tym miejscu, w którym
nikogo innego nie można by się spodziewać. Wracając do owiec, pod wiatr, w
zdradliwym pijanym widzie, Ennis pomyślał, że jeszcze nigdy tak dobrze się nie
[ Pobierz całość w formacie PDF ]