Prus Bolesław - Kamizelka, Szkoła, Język polski, Zawartość dzieła i streszczenie

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Kamizelka
Kamizelka – str 1
Omówienie – str 7
Niektórzy ludzie mają pociąg do zbierania osobliwości kosztowniejszych lub mniej
kosztownych, na jakie kogo stać. Ja także posiadam zbiorek, lecz skromny, jak zwykle w
początkach.
Jest tam mój dramat, który pisałem jeszcze w gimnazjum na lekcjach języka łacińskiego...
Jest kilka zasuszonych kwiatów, które trzeba będzie zastąpić nowymi, jest...
Zdaje się, że nie ma nic więcej oprócz pewnej bardzo starej i zniszczonej kamizelki.
Oto ona. Przód spłowiały, a tył przetarty. Dużo plam, brak guzików, na brzegu dziurka,
wypalona zapewne papierosem. Ale najciekawsze w niej są ściągacze. Ten, na którym
znajduje się sprzączka, jest skrócony i przyszyty do kamizelki wcale nie po krawiecku, a ten
drugi, prawie na całej długości, jest pokłuty zębami sprzączki.
Patrząc na to od razu domyślasz się, że właściciel odzienia zapewne co dzień chudnął i
wreszcie dosięgnął tego stopnia, na którym kamizelka przestaje być niezbędną, ale natomiast
okazuje się bardzo potrzebnym zapięty pod szyję frak z magazynu pogrzebowego.
Wyznaję, że dziś chętnie odstąpiłbym komu ten szmat sukna, który mi robi trochę kłopotu.
Szaf na zbiory jeszcze nie mam, a nie chciałbym znowu trzymać chorej kamizelczyny między
własnymi rzeczami. Był jednak czas, żem ją kupił za cenę znakomicie wyższą od wartości, a
dałbym nawet i drożej, gdyby umiano się targować. Człowiek miewa w życiu takie chwile, że
lubi otaczać się przedmiotami, które przypominają smutek.
Smutek ten nie gnieździł się u mnie, ale w mieszkaniu bliskich sąsiadów. Z okna mogłem co
dzień spoglądać do wnętrza ich pokoiku.
Jeszcze w kwietniu było ich troje: pan, pani i mała służąca, która sypiała, o ile wiem, na
kuferku za szafą. Szafa była ciemnowiśniowa. W lipcu, jeżeli mnie pamięć nie zwodzi,
1
zostało ich tylko dwoje: pani i pan, bo służąca przeniosła się do takich państwa, którzy płacili
jej trzy ruble na rok i co dzień gotowali obiady.
W październiku została już tylko - pani, sama jedna. To jest niezupełnie sama, ponieważ w
pokoju znajdowało się jeszcze dużo sprzętów: dwa łóżka, stół, szafa... Ale na początku
listopada sprzedano z licytacji niepotrzebne rzeczy, a przy pani ze wszystkich pamiątek po
mężu została tylko kamizelka, którą obecnie posiadam.
Lecz w końcu listopada pewnego dnia pani zawołała do pustego mieszkania handlarza
starzyzny i sprzedała mu swój parasol za dwa złote i kamizelkę po mężu za czterdzieści
groszy. Potem zamknęła mieszkanie na klucz, powoli przeszła na dziedziniec, w bramie
oddała klucz stróżowi, chwilę popatrzyła w swoje niegdyś okno, na które padały drobne płatki
śniegu, i - znikła za bramą.
Na dziedzińcu został handlarz starzyzny. Podniósł do góry wielki kołnierz kapoty, pod pachę
wetknął dopiero co kupiony parasol i owinąwszy w kamizelkę ręce czerwone z zimna,
mruczał:
- Handel, panowie... handel!... Zawołałem go.
- Pan dobrodziej ma co do sprzedania? - zapytał wchodząc.
- Nie, chcę od ciebie coś kupić.
- Pewnie wielmożny pan chce parasol?... - odparł Żydek. Rzucił na ziemię kamizelkę,
otrząsnął śnieg z kołnierza i z wielką usilnością począł otwierać parasol.
- A fajn mebel!... - mówił. - Na taki śnieg to tylko taki parasol... Ja wiem, że wielmożny pan
może mieć całkiem jedwabny parasol, nawet ze dwa: Ale to dobre tylko na lato!..
- Co chcesz za kamizelkę? - spytałem.
- Jake kamyzelkie?... - odparł zdziwiony, myśląc zapewne o swojej własnej.
Ale wnet opamiętał się i szybko podniósł leżącą na ziemi.
- Za te kamyzelkie?... Pan dobrodziej pyta się o te kamyzelkie?...
A potem, jakby zbudziło się w nim podejrzenie, spytał: - Co wielmożnego pana po take
kamyzelkie?!...
- Ile chcesz za nią?
Żydowi błysnęły żółte białka, a koniec wyciągniętego nosa poczerwieniał jeszcze bardziej.
- Da wielmożny pan... rubelka! - odparł roztaczając mi przed oczyma towar w taki sposób,
ażeby okazać wszystkie jego zalety.
- Dam ci pół rubla.
- Pół rubla?... taky ubjór?... To nie może być! - mówił handlarz.
- Ani grosza więcej.
- Niech wielmożny pan żartuje zdrów!... - rzekł klepiąc mnie po ramieniu. - Pan sam wi, co
taka rzecz jest warta. To przecie nie jest ubjór na małe dziecko, to jest na dorosłe osoby...
- No, jeżeli nie możesz oddać za pół rubla, to już idź. Ja więcej nie dam.
- Ino niech się pan nie gniewa! - przerwał mięknąc. -Na moje sumienie, za pół rubelka nie
mogę, ale - ja zdaję się na pański rozum... Niech pan sam powie: co to jest wart, a ja się
zgodzę!... Ja wolę dołożyć, byle to się stało, co pan chce.
- Kamizelka jest warta pięćdziesiąt groszy, a ja ci daję pół rubla.
- Pół rubla?... Niech będzie już pół rubla!... - westchnął wpychając mi kamizelkę w ręce. -
Niech będzie moja strata, byle ja z gęby nie robił... ten wjatr!...
I wskazał ręką na okno, za którym kłębił się tuman śniegu. Gdym sięgnął po pieniądze,
handlarz, widocznie coś przypomniawszy sobie, wyrwał mi jeszcze raz kamizelkę i począł
szybko rewidować jej kieszonki.
- Czegóż ty tam szukasz?
- Możem co zostawił w kieszeni, nie pamiętam! - odparł najnaturalniejszym tonem, a
zwracając mi nabytek dodał:
- Niech jaśnie pan dołoży choć dziesiątkę!...
2
- No, bywaj zdrów! - rzekłem otwierając drzwi.
- Upadam do nóg!... Mam jeszcze w domu bardzo porządne futro...
I jeszcze zza progu, wytknąwszy głowę, zapytał:
- A może wielmożny pan każe przynieść serki owczych?...
W parę minut znowu wołał na podwórzu: “Handel! handel!...” - a gdym stanął w oknie,
ukłonił mi się z przyjacielskim uśmiechem.
Śnieg zaczął tak mocno padać, że prawie zmierzchło się. Położyłem kamizelkę na stole i
począłem marzyć to o pani, która wyszła za bramę nie wiadomo dokąd, to o mieszkaniu,
stojącym pustką obok mego, to znowu o właścicielu kamizelki, nad którym coraz gęstsza
warstwa śniegu narasta...
Jeszcze trzy miesiące temu słyszałem, jak w pogodny dzień wrześniowy rozmawiali ze sobą.
W maju pani raz nawet - nuciła jakąś piosenkę, on śmiał się czytając “Kuriera Świątecznego”.
A dziś...
Do naszej kamienicy sprowadzili się na początku kwietnia. Wstawali dość rano, pili herbatę z
blaszanego samowaru i razem wychodzili do miasta. Ona na lekcje, on do biura.
Był to drobny urzędniczek, który na naczelników wydziałowych patrzył z takim podziwem
jak podróżnik na Tatry. Za to musiał dużo pracować, po całych dniach. Widywałem nawet go
i o północy, przy lampie, zgiętego nad stolikiem.
Żona zwykle siedziała przy nim i szyła. Niekiedy spojrzawszy na niego przerywała swoją
robotę i mówiła tonem upominającym:
- No, już dość będzie, połóż się spać:
- A ty kiedy pójdziesz spać?...
- Ja... jeszcze tylko dokończę parę ściegów...
- No... to i ja napiszę parę wierszy...
Znowu oboje pochylali głowy i robili swoje. I znowu po niejakim czasie pani mówiła:
- Kładź się!... kładź się!...
Niekiedy na jej słowa odpowiadał mój zegar wybijając pierwszą.
Byli to ludzie młodzi, ani ładni, ani brzydcy, w ogóle spokojni. O ile pamiętam, pani była
znacznie szczuplejsza od męża, który miał budowę wcale tęgą. Powiedziałbym, że nawet za
tęgą na tak małego urzędnika.
Co niedzielę, około południa, wychodzili na spacer trzymając się pod ręce i wracali do domu
późno wieczór. Obiad zapewne jedli w mieście. Raz spotkałem ich przy bramie oddzielającej
Ogród Botaniczny od Łazienek. Kupili sobie dwa kufle doskonałej wody i dwa duże pierniki,
mając przy tym spokojne fizjognomie mieszczan, którzy zwykli jadać przy herbacie gorącą
szynkę z chrzanem.
W ogóle biednym ludziom niewiele potrzeba do utrzymania, duchowej równowagi. Trochę
żywności, dużo roboty i dużo zdrowia. Reszta sama się jakoś znajduje.
Moim sąsiadom, o ile się zdaje, nie brakło żywności, a przynajmniej roboty. Ale zdrowie nie
zawsze dopisywało.
Jakoś w lipcu pan zaziębił się, zresztą nie bardzo. Dziwnym jednak zbiegiem okoliczności
dostał jednocześnie tak silnego krwotoku, że aż stracił przytomność.
Było to już w nocy. Żona, utuliwszy go na łóżku, sprowadziła do pokoju stróżowę, a sama
pobiegła po doktora. Dowiadywała się o pięciu, ale znalazła ledwie jednego, i to wypadkiem,
na ulicy.
Doktór, spojrzawszy na nią przy blasku migotliwej latarni, uznał za stosowne ją przede
wszystkim uspokoić. A ponieważ chwilami zataczała się, zapewne ze zmęczenia, a dorożki na
ulicy nie było, więc podał jej rękę i idąc tłomaczył, że krwotok jeszcze niczego nie dowodzi.
- Krwotok może być z krtani, z żołądka, z nosa, z płuc rzadko kiedy. Zresztą, jeżeli człowiek
zawsze był zdrów, nigdy nie kaszlał...
- O, tylko czasami! - szepnęła pani zatrzymując się dla nabrania tchu.
3
- Czasami? to jeszcze nic. Może mieć lekki katar oskrzeli.
- Tak... to katar! - powtórzyła pani już głośno.
- Zapalenia płuc nie miał nigdy?...
- Owszem!... - odparła pani, znowu stając. Trochę się nogi pod nią chwiały.
- Tak, ale zapewne już dawno?... - pochwycił lekarz.
- O, bardzo... bardzo dawno!... - potwierdziła z pośpiechem. - Jeszcze tamtej zimy.
- Półtora roku temu.
- Nie... Ale jeszcze przed Nowym Rokiem... O, już dawno!
- A!... Jaka to ciemna ulica, a w dodatku niebo trochę zasłonięte... - mówił lekarz.
Weszli do domu. Pani z trwogą zapytała stróża: co słychać? i dowiedziała się, że nic. W
mieszkaniu stróżowa także powiedziała jej, że nic nie słychać, a chory drzemał.
Lekarz ostrożnie obudził go, wybadał i także powiedział, że to nic.
- Ja zaraz mówiłem, że to nic! - odezwał się chory.
- O, nic!... - powtórzyła pani ściskając jego spotniałe ręce. Wiem przecie, że krwotok może
być z żołądka albo z nosa. U ciebie pewnie z nosa... - Tyś taki tęgi, potrzebujesz ruchu, a
ciągle siedzisz... Prawda, panie doktorze, że on potrzebuje ruchu?...
- Tak! tak!... Ruch jest w ogóle potrzebny, ale małżonek pani musi parę dni poleżyć. Czy
może wyjechać na wieś?
- Nie może... - szepnęła pani ze smutkiem.
- No - to nic! Więc zostanie w Warszawie. Ja będę go odwiedzał, a tymczasem - niech sobie
poleży i odpocznie. Gdyby się zaś krwotok powtórzył... - dodał lekarz.
- To co, panie? - spytała żona blednąc jak wosk.
- No, to nic. Mąż pani wypocznie, tam się zasklepi...
- Tam... w nosie? - mówiła pani składając przed doktorem ręce.
- Tak... w nosie! Rozumie się. Niech pani uspokoi się, a resztę zdać na Boga. Dobranoc.
Słowa doktora tak uspokoiły panią, że po trwodze, jaką przechodziła od kilku godzin, zrobiło
się jej prawie wesoło.
- No, i cóż to tak wielkiego! - rzekła, trochę śmiejąc się, a trochę popłakując.
Uklękła przy łóżku chorego i zaczęła całować go po rękach.
- Cóż tak wielkiego! - powtórzył pan cicho i - uśmiechnął się. Ile to krwi na wojnie z
człowieka upływa, a jednak jest potem zdrów!...
- Już tylko nic nie mów - prosiła go pani.
Na dworze zaczęło świtać. W lecie, jak wiadomo, noce są bardzo krótkie.
Choroba przeciągnęła się znacznie dłużej, niż myślano. Mąż nie chodził już do biura, co mu
tym mniej robiło kłopotu, że jako urzędnik najemny, nie potrzebował brać urlopu, a mógł
wrócić, kiedy by mu się podobało i - o ile znalazłby miejsce. Ponieważ gdy siedział w
mieszkaniu, był zdrowszy, więc pani wystarała się jeszcze o kilka lekcyj na tydzień i za ich
pomocą opędzała domowe potrzeby.
Wychodziła zwykle do miasta o ósmej rano. Około pierwszej wracała na parę godzin do
domu, ażeby ugotować mężowi obiad na maszynce, a potem znowu wybiegała na jakiś czas.
Za to już wieczory spędzali razem. Pani zaś, aby nie próżnować, brała trochę więcej do
szycia.
Jakoś w końcu sierpnia spotkała się pani z doktorem na ulicy. Długo chodzili razem. W końcu
pani schwyciła doktora za rękę i rzekła błagalnym tonem:
- Ale swoją drogą niech pan do nas przychodzi. Może też Bóg da!... On tak się uspakaja po
każdej pańskiej wizycie...
Doktór obiecał, a pani wróciła do domu jakby spłakana. Pan też, skutkiem przymusowego
siedzenia, zrobił się jakiś drażliwy i zwątpiały. Zaczął wymawiać żonie, że jest zanadto o
niego troskliwa, że on mimo to umrze, a w końcu zapytał:
- Czy nie powiedział ci doktór, że ja nie przeżyję kilku miesięcy?
4
Pani zdrętwiała.
- Co ty mówisz? - rzekła. - Skąd ci takie myśli?...
Chory wpadł w gniew.
- Oo, chodźże tu do mnie, o tu!... - mówił gwałtownie, chwytając ją za ręce. - Patrz mi prosto
w oczy i odpowiadaj: nie mówił ci doktór?
I utopił w niej rozgorączkowane spojrzenie. Zdawało się, że pod tym wzrokiem mur
wyszeptałby tajemnicę, gdyby ją posiadał.
Na twarzy kobiety ukazał się dziwny spokój. Uśmiechała się łagodnie, wytrzymując to dzikie
spojrzenie. Tylko jej oczy jakby szkłem zaszły.
- Doktór mówił - odparła - że to nic, tylko że musisz trochę wypocząć...
Mąż nagle puścił ją, zaczął drżeć i śmiać się, a potem machając ręką rzekł:
- No widzisz, jakim ja nerwowy!... Koniecznie ubrdało mi się; że doktór zwątpił o mnie...
Ale... przekonałaś mnie... Już jestem. spokojny!...
I coraz weselej śmiał się ze swoich przywidzeń.
Zresztą taki atak podejrzliwości nigdy się już nie powtórzył. Łagodny spokój żony był przecie
najlepszą dla chorego wskazówką, że stan jego nie jest złym.
Bo i z jakiej racji miał być zły? I Był wprawdzie kaszel, ale - to z kataru oskrzeli. Czasami,
skutkiem długiego siedzenia, pokazywała się krew - z nosa. No, i miewał też jakby gorączkę,
ale właściwie nie była to gorączka, tylko - taki stan nerwowy.
W ogóle czuł się coraz zdrowszym. Miał nieprzepartą chęć do jakichś dalekich wycieczek,
lecz - trochę sił mu brakło. Przyszedł nawet czas, że w dzień nie chciał leżyć w łóżku, tylko
siedział na krześle ubrany, gotowy do wyjścia, byle go opuściło to chwilowe osłabienie.
Niepokoił go tylko jeden szczegół.
Pewnego dnia kładąc kamizelkę uczuł, że jest jakoś bardzo luźna.
- Czybym aż tak schudł?... - szepnął.
- No, naturalnie, że musiałeś trochę zmizernieć - odparła żona. - Ale przecież nie można
przesadzać...
Mąż bacznie spojrzał na nią. Nie oderwała nawet oczu od roboty. Nie, ten spokój nie mógł
być udany!... Żona wie od doktora, że on nie jest tak znowu bardzo chory, więc nie ma
powodu martwić się.
W początkach września nerwowe stany, podobne do gorączki, występowały coraz silniej,
prawie po całych dniach.
- To głupstwo! - mówił chory. - Na przejściu od lata do jesieni najzdrowszemu człowiekowi
trafia się jakieś rozdrażnienie, każdy jest nieswój... To mnie tylko dziwi: dlaczego moja
kamizelka leży na mnie coraz luźniej?... Strasznie musiałem schudnąć, i naturalnie dopóty nie
mogę być zdrowym, dopóki mi ciała nie przybędzie, to darmo!...
Żona bacznie przysłuchiwała się temu i musiała przyznać, że mąż ma słuszność.
Chory co dzień wstawał z łóżka i ubierał się, pomimo że bez pomocy żony nie mógł wciągnąć
na siebie żadnej sztuki ubrania. Tyle przynajmniej wymogła na nim, że na wierzch nie kładł
surduta, tylko paltot.
- Dziwić się tu - mówił nieraz, patrząc w lustro - dziwić się tu, że ja nie mam sił. Ależ jak
wyglądam!:..
- No, twarz zawsze łatwo się zmienia - wtrąciła żona. - Prawda, tylko że ja i w sobie chudnę...
- Czy ci się nie zdaje? - spytała pani z akcentem wielkiej wątpliwości.
Zamyślił się.
- Ha! może i masz racją... Bo nawet... od kilku dni uważam, że... coś... moja kamizelka...
- Dajże pokój! - przerwała pani - przecież nie utyłeś...
- Kto wie? Bo, o ile uważam po kamizelce, to...
- W takim razie powinny by ci wracać siły.
5
[ Pobierz całość w formacie PDF ]