Przybysz 01 - Przybysz - Cherryh Carolyn Janice, 1, A tu dużo nowych ebooków

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Caroline Janice Cherryh - Przybysz
Caroline Janice Cherryh
Przybysz
przekład : Agnieszka Sylwanowicz
Księga 1
Rozdział 1
Głęboka czerń badana wyłącznie przez roboty. Zawieszona w niej masa stanowiła drugi kamień milowy na trasie
podróży z Ziemi ku obiecującemu sznurowi gwiazd. Dla pierwszego statku załogowego, który wszedł w strefę jej
oddziaływania, punkt masy był miejscem samotnym, pozbawionym elektromagnetycznej sieczki wypełniającej ludzką
przestrzeń, zawodowych plotek i gadaniny, poleceń wydawanych statkom i załogom przez kontrolę lotów, szybkich,
sporadycznych sygnałów przebiegających między maszynami. Tutaj czujniki muskało jedynie promieniowanie masy,
sygnały odległych gwiazd i szmer tła samego istnienia.
Tutaj ludzie musieli pamiętać, że wszechświat jest o wiele rozleglejszy niż ich własny gwiezdny grajdołek - że w
szerokim wszechświecie cisza znaczy więcej niż najgłośniejszy krzyk życia. Ludzie badali ów wszechświat i naruszali jego
spokój, budowali w nim stacje i wiedli na nich życie, stanowiąc biologiczne zanieczyszczenie nieskończoności-
zanieczyszczenie lokalne i tymczasowe.
Nie byli jednak jedynymi mieszkańcami wszechświata w to nie mogli już dłużej wątpić. Gdzie zatem sondy
wskazywały możliwość istnienia życia, gdzie gwiazdy wyglądały na przyjazne istotom żywym, ludzie zapuszczali się z
pewną ostrożnością, nadstawiali mechanicznych uszu i nasłuchiwali w ciemności - tak jak od stu godzin pilnie nasłuchiwał
"Feniks", przemierzając przestrzeń rzeczywistą.
Na żadnym z zakresów nie było nic słychać, a kapitanowie statku i jego załoga byli z tego zadowoleni. "Feniks" nie
chciał natknąć się na istoty, które by mogły zgłaszać wcześniejsze roszczenia do obiektów swych pragnień, stanowiących
pomost do nowego, zasobnego terytorium, a szczególnie do gwiazdy typu G5, oznaczonej w książkach kodów
Departamentu Obrony symbolem T 230, na mapach numerem 89020, a w planach umieszczonych w bazach danych
"Feniksa" określonej jako cel misji.
Dotrzeć do gwiazdy, wysłać ciężki sprzęt... i stworzyć stację, która będzie przyjmowała kupców, rozszerzając
obecność człowieka na nowy i zyskowny obszar przestrzeni.
Tak więc "Feniks" miał na pokładzie podstawowe elementy konstrukcyjne, glony i kultury do zbiorników
podtrzymujących życie na stacji, projekty i plany obwodów, wykresy, procesy i programy, dane i szczegóły, a wraz z nimi
pilotów-górników, mechaników, budowniczych, programistów i obsługę techniczną. Głównym wynagrodzeniem całego
tego personelu miały być pierwsze udziały w wybudowanej na tym obszarze przestrzeni pierwszej stacji handlowej -
najnowszym, bardzo śmiałym kolonizatorskim przedsięwzięciu Ziemi, za którym stało całe doświadczenie poprzednich
sukcesów.
Optyka podpowiedziała Matce Ziemi, gdzie znajdują się zasobne gwiazdy. Roboty przetarły szlak bez narażania
ludzi na ryzyko. Przetarły go i wróciły z danymi nawigacyjnymi oraz wynikami bezpośredniej obserwacji: T 230 był
układem tak bogatym, że "Feniks" wziął maksymalny ładunek, pędząc z szybkością, jaką odważał się rozwinąć statek nie
spodziewający się żadnych przeszkód i mający pewność, że będzie mógł uzupełnić paliwo u celu podróży. Rozgarniał
otaczający go gaz i pył, tworząc krótkie, jasne turbulencje, a jego załoga kontynuowała stugodzinny cykl konserwacji,
regulacji wskaźników i kontroli nawigacji. Podczas ostatniej wachty przed ponownym wejściem w nadprzestrzeń
kapitanowie wypili wspólnie kawę, przyjęli ogólne sprawozdania oraz plan dalszej podróży sporządzony przez nawigatora
McDonougha.
W wyniku tej dyskusji, na krawędzi ekranu pilota pojawiła się mrugająca zielona kropka, a sam pilot niejasno czuł,
że wszystko toczy się zgodnie z planem i statek funkcjonuje bez zastrzeżeń. Taylor znajdował się w pozycji Włączony, co
oznaczało, że otrzymuje dane z prędkością wymagającą obróbki komputerowej. Miał zablokowane skłonności do
dygresyjnego przetwarzania informacji i odrywania się od ich strumienia - skłonności właściwe nie wspomaganemu
umysłowi ludzkiemu - natomiast uszy dostrojono mu do sygnałów komputerowych, a oczy i postrzeganie dostosowano
chemicznie do przefiltrowanej przez komputer prędkości statku.
Zanim Taylor odpłynie, zielona kropka musi znaleźć się na swoim miejscu. Kropka pojawiła się, a to, co robili z nią
inni ludzie, Taylora nie obchodziło ani nawet nie zdawał sobie z tego sprawy. Kiedy popędził mu na spotkanie punkt
wyjścia i na jego oczach zawinął się czas, sięgnął pewnie przed siebie poprzez przestrzeń ku T 230.
Był świetnym pilotem. Znajdujące się w jego krwi specyfiki ściśle ukierunkowały jego koncentrację i sprawiały, że
dane błyskające mu przed oczyma i wwiercające się w uszy postrzegał w sposób bardzo oderwany. Gdyby komputer podał
mu odpowiednie namiary, skierowałby "Feniksa" w środek piekła. Patrzył jednak na T 230.
Z tego powodu był jedyną przytomną osobą na pokładzie, kiedy statek leciał dalej, a czas był zawinięty.
Wciąż był zawinięty.
Serce zaczęło mu walić w czasie rzeczywistym, a oczy nie opuszczały ekranów, na których czerwono błyskały linie,
a potem kropki, kiedy linie te stały się hipotetyczne, a w końcu na czarnym ekranie zapłonęły czerwienią litery BŁĄD
PUNKTU, niczym nieodwołalny wyrok Boga.
Serce biło coraz szybciej. Taylor sięgnął do przycisku przerywającego procedurę i poczuł pod palcami klapkę
zabezpieczającą. Nic już nie widział. Wszystko było jednym BŁĘDEM PUNKTU. Ledwo wyczuwał klapkę, a kiedy ją
uniósł, nie pamiętając już, po co, czas wciąż się zawijał. W przeciwieństwie do komputera nie miał celu, lecz tylko tę
jedną, trudną konieczność.
Wyłączenie programu. Pusty ekran.
BŁĄD PUNKTU.
Bóg nie miał więcej danych.
Rozdział 2
1 / 126
Caroline Janice Cherryh - Przybysz
Statek zaczął opadać i rozległ się brzęczyk alarmowy: to nie są ćwiczenia. Awaria komputera. To nie są ćwiczenia.
McDonoughowi serce waliło jak młotem; z wysiłku po twarzy spływał mu pot. Nacisnął przycisk łączności z Taylorem.
Wszystkie ekrany były puste.
To nie są ćwiczenia...
Nastąpiło przerwanie programu. "Feniks" ratował się. Wytracał prędkość, ignorując kruche ciała ludzkie w swoim
wnętrzu.
Następnie "Feniks" spróbował ponownie załadować komputery napływającymi informacjami. Skontaktował się ze
swoim kapitanem, nawigatorem, pilotem i drugim pilotem, za każdym razem powodując bolesny wstrząs na łączach.
Dopiero po kolejnych dwóch takich wstrząsach McDonough zobaczył dane na ekranach swojego stanowiska
nawigacyjnego.
Obraz wideo pokazywał gwiazdę.
Nie, dwie gwiazdy, jedną rozpaloną do białości, drugą lśniącą nikłą czerwienią. McDonough znieruchomiał w fotelu,
widząc oczyma wyobraźni "Feniksa" powoli dryfującego ku białemu, nuklearnemu piekłu.
- Gdzie jesteśmy? - zapytał ktoś. - Gdzie jesteśmy?
Pytanie to nawigator uznał za oskarżenie. McDonough odczuł je jako cios w i tak zmaltretowany żołądek i poszukał
spojrzeniem odpowiedzi u pilota, Taylor jednak wpatrywał się nieruchomo w swoje ekrany.
- Inoki - powiedział McDonough. Drugi pilot siedział bezwładnie w fotelu. Stracił przytomność lub jeszcze gorzej.
- Przysłać na górę Greene'a. Greene i Goldberg, na mostek. - To LaFarge, starszy kapitan, stanowczy i
bezkompromisowy, na kanale załogi wzywał dwóch pilotów zapasowych.
McDonough czuł, że ma dreszcze. Zastanawiał się, czy LaFarge wezwie całą zapasową załogę, a jakaś cząstka jego
umysłu bardzo tego chciała, pragnęła tylko położyć się na koi, i przestać stawiać czoło rzeczywistości. Musiał się jednak
dowiedzieć, co to za gwiazda podwójna, gdzie się znajdują i jaki popełnił błąd, że statek tu się znalazł. Od odżywek
wstrzykiwanych przez końcówkę medyczną robiło mu się niedobrze. Widok, jaki miał przed sobą, to było wariactwo.
Optyka nie mogła się mylić. Podobnie jak roboty. Podobnie jak wszelkie instrumenty.
- Sir? - Obok niego siedziała Karly McEwan równie oszołomiona, jak on. Jego własna rezerwa: była wstrząśnięta,
ale wciskała przyciski, usiłując z zaciśniętymi zębami wydobyć z chaosu jakiś sens. - Sir? Mam przełączyć na diagnozę
ogólną? Sir?
- Na razie tak - mruknął czy też raczej zrobiła to za niego jakaś wyższa funkcja mózgu, podczas gdy jego
świadomość działała na niższym poziomie. To asekuranckie "na razie" zabrzmiało w jego uszach jak wyrok, ponieważ
McDonough nie widział żadnego szybkiego sposobu otrzymania podstawowych danych tego układu gwiezdnego. - Analiza
widma, stanowisko dwa i trzy. Porównanie map, stanowisko cztery. Stanowisko pięć, jeszcze raz przeprowadzić inicjację
systemu i wprowadzić współrzędne celu. - Przodomózgowie wciąż wydawało polecenia. Reszta funkcjonowała jak Taylor,
czyli nie robiła nic. - Potrzebny nam tu lekarz. Czy na mostku jest Kiyoshi? Taylor i Inoki mają kłopoty.
- Czy jesteśmy zrównoważeni? - To głos Kiyoshiego Tanaki, pytający, czy można odpiąć pasy i pójść do pilotów,
ale w każdym pytaniu brzmiało jakby echo podwójnego znaczenia, każde pytanie rozmywało się w coś nieznanego i
niepoznawalnego.
- Tak zrównoważeni, jak to w tej chwili możliwe - odparł LaFarge, a tymczasem program analizy widma
produkował strumień bieżących porównań ze wszystkimi układami gwiezdnymi figurującymi w zapisach statku, który to
strumień przepływał przez główny ekran McDonougha jednostajnym ciągiem nie pokrywających się danych. Na dole
ekranu tkwił napis: BRAK ZGODNOŚCI, PRZEBADANO 3298 OBIEKTÓW.
- Mamy pytania na kanale B - odezwał się ktoś z Łączności. - Specjaliści proszą o pozwolenie opuszczenia kabin.
Proszą o obraz z monitorów.
Porządki Taylora. Taylor zawsze dawał pasażerom widok: opuszczenie układu Ziemi, zbliżanie się do punktów masy
i opuszczanie ich...
- Nie - rzekł ostro LaFarge. - Żadnych obrazów. - Ślepy potrafiłby dostrzec, że oznacza to kłopoty. - Powiedz, że na
mostku ktoś zachorował. Że jesteśmy zajęci.
Tanaka dotarł do Taylora i Inokiego. McDonough zorientował się, że wstrzykuje coś Taylorowi. Pasażerowie
zauważyli zmianę procedury, a napis BRAK ZGODNOŚCI nie zmienił się.
SZUKAĆ DALEJ?
Komputerowi skończyły się okoliczne gwiazdy.
- Karly, dałaś priorytet diagnozie ogólnej jeden?
- Tak - odpowiedziała Karly piastująca stanowisko drugiego nawigatora. Poszukiwania pasujących gwiazd zaczęły
się od Sol i jej bliskiego sąsiedztwa. - Od naszego wektora w zasięgu dziesięciu świetlnych w każdą stronę.
Żołądek McDonougha zbuntował się jeszcze bardziej.
Wszystko to nie miało sensu. Pokazali się piloci zapasowi, zadając pytania, na które nikt nie potrafił odpowiedzieć -
te same pytania, które zadawał przyrządom i zapisom każdy nawigator. Kapitan kazał lekarzowi sprowadzić Taylora i
Inokiego z mostku. Klął, mówiąc to, i kiedy Tanaka postawił pilotów na nogi, McDonough zaczął sprawdzać urządzenia na
własną rękę: Taylor mógł iść, ale sprawiał wrażenie ślepego na to, co działo się dookoła. Inoki ledwo się ruszał - po tym,
jak Tamka rozpiął mu pasy i odłączył rurkę od wszczepu, jeden z techników łączności musiał wyciągnąć go z fotela i nieść.
Żaden z nich nie patrzył na Greene'a i Goldberga. Taylor utkwił wzrok w nieskończoności. Inoki zamknął oczy.
SZUKAĆ DALEJ? - zapytał komputer, przeszukawszy wszystkie gwiazdy w promieniu trzydziestu świetlnych od
Ziemi.
- Mamy pięć procent paliwa - kapitan ze spokojem oznajmił potencjalny wyrok śmierci. - Czy odbieramy
cokolwiek?
Przy tej gwieździe? - zapytał w duchu McDonough, a Łączność odparła:
- Martwa cisza. Ta gwiazda robi tyle hałasu, że wszystko zagłusza.
- Przełączyć na daleki zasięg, wzmocnić nasz wektor. Założyć, że zostawiliśmy gwiazdę w tyle.
- Tak jest, sir.
Po chwili zazgrzytały urządzenia hydrauliczne na kadłubie. To rozkładał się wielki talerz, przygotowując się do
nasłuchu. Prędkość została zredukowana do tempa pełzania, bezpiecznego dla rozstawionej anteny - bezpiecznego, gdyby
to było własne Słońce Ziemi, ale tak nie było. Nie mieli żadnych danych na temat tego układu. Zbierali je wszystkimi
2 / 126
Caroline Janice Cherryh - Przybysz
czujnikami, nic jednak nie dawało im choćby najmniejszej pewności, że na ich kursie nie ma żadnych asteroid. Nikt jeszcze
nie podszedł tak blisko do gwiazdy podwójnej czy do tak dużej masy. Bóg jeden wie, co się stało z polem.
McDonough trzęsącymi się rękoma wywołał wyniki obu procedur poszukiwawczych, których zasięg zbliżał się do
stu świetlnych we wszystkich kierunkach od celu ich podróży. Były negatywne. Wciąż nie wiedzieli, gdzie się znajdują, ale
przy pięcioprocentowej rezerwie paliwa nie bardzo było się dokąd wybierać. Mieli natomiast statki górnicze: dzięki Bogu,
mieli statki górnicze i elementy stacji. Mogli zebrać z układu lód i uzupełnić paliwo...
Tyle że na zewnątrz szalało piekło promieniowania, tyle że wiatr słoneczny tego błękitno - białego słońca zabijał.
Nie była to gwiazda, w pobliżu której mogłoby się utrzymać życie, i jeśli górnicy mieliby tam pracować, to musieliby
ograniczyć czas przebywania na zewnątrz.
A jeżeli statek spadał po łuku grawitacyjnym tej potężnej gwiazdy, co było dość prawdopodobne, to zetkną się z
promieniowaniem na długo przed katastrofą.
- Jeszcze raz przeprowadziliśmy inicjację systemu - odezwał się Greene z fotela Taylora. - Nie znajdujemy żadnych
błędów w poleceniach.
To znaczy Taylor postąpił zgodnie z danymi, które otrzymał od nawigatora. McDonough poczuł w żołądku zimną
kulę nie pokoju.
- Są jakieś odpowiedzi, panie McDonough?
- Jeszcze nie, sir. - Mówił spokojnym tonem, ale wcale nie był spokojny. Nie popełnił błędu. Nie potrafiłby jednak
tego udowodnić, powołując się na jakieś wskazania przyrządów.
Statek nie mógł wyjść z nadprzestrzeni skierowany w inną stronę niż przy wchodzeniu w nią. Tak się nie stało. Nie
mogło się stać.
Jeżeli jednak jakaś cząstka nadprzestrzeni namieszała w danych, jeżeli komputer zgubił punkt docelowy i
odpowiedzią był BŁĄD PUNKTU, to ze swoimi zapasami paliwa nie mogli przecież oddalić się na tyle, żeby stracić z pola
widzenia znane sobie gwiazdy.
Potrzebowali tylko dwóch sąsiadujących ze sobą gwiazd o widmach pasujących do map. Jakakolwiek zgodność
dwóch gwiazd z mapami pozwoliłaby określić ich pozycję, a nawet gdyby skończyło im się całe paliwo, to nie mogli być
dalej niż pięć świetlnych od ich drugiego punktu masy - to niemożliwe. W najgorszym wypadku nie dalej niż góra
dwadzieścia świetlnych od Ziemi.
Ale w promieniu dwudziestu świetlnych od Słońca nie było żadnej potężnej błękitno - białej gwiazdy oprócz
Syriusza, ale to nie był Syriusz. Widma tych słońc nie pasowały do siebie. To nie miało sensu. Nic go nie miało.
Zaczął szukać pulsarów. Kiedy kończą się krótkie miary, szuka się długich, takich, które nie kłamią, zaczyna się
także wysuwać nieprzemyślane teorie, na przykład takie jak kosmiczne makrostruktury, zawinięte przestrzenie czy
jakiekolwiek strzępy rozsądku, mogące stanowić pożywkę dla umysłu czy zasugerować kierunek, w którym polecieli, lub
choćby stanowić wskazówkę, które z setki nieprawdopodobieństw jest prawdą.
Rozdział 3
Od chwili, gdy personel stacji i robotnicy budowlani otrzymali pozwolenie swobodnego poruszania się po statku, na
zewnętrznych korytarzach zaczęła krążyć pogłoska, że coś jest nie w porządku. Plotka rozszerzyła się na sale
wypoczynkowe, gdzie personel, piloci pchaczy i mechanicy stali stłoczeni przed ekranami, na których błyskało słowo
nadawane na wszystkich kanałach: UWAGA.
- Dlaczego nic nam nie mówią? - odezwał się ktoś, naruszając dotychczasowy spokój. - Powinni nam coś
powiedzieć.
Inny technik zapytał:
- Dlaczego nie dostajemy obrazu? Przedtem zawsze mieliśmy obraz.
- Możemy iść do diabła - rzekł pilot pchacza. - Wszyscy możemy sobie iść do diabła. Są za dobrzy, żeby zawracać
sobie nami głowę.
- Pewnie nic się nie stało - powiedział ktoś inny i po jego słowach zapadła niezręczna cisza, ponieważ było jakoś
inaczej niż zwykle.
Wchodząc w czas rzeczywisty, statek zahamował z potężnym wstrząsem i technicy, którzy cokolwiek wiedzieli o
otwartej przestrzeni, byli równie skonsternowani i zdenerwowani, jak górnicy i budowlańcy, którzy dotychczas pracowali
w przestrzeni okołosolarnej i nie mieli żadnych doświadczeń z rejsów międzygwiezdnych.
Neill Cameron też nie uważał, że wszystko jest w porządku. Nawet taki mechanik pchacza, jak on, wyczuwał
różnicę między wejściem do tego i do poprzedniego układu. Przyjaciele i pary, jak on i Miyume Little, stali blisko siebie i
czekali. Dłoń Miyume była zimna i nieruchoma, jego spocona.
Być może - jak powiedział niedawno do Miyume - technicy na górze pracują nad jakimś wielkim widowiskiem z
okazji przybycia do nowego domu.
Może to po prostu zwykła procedura, bo wszystko wyłączają i zostają tutaj. Może załoga wylicza kurs
wewnątrzukładowy albo ocenia miejscowe zasoby i za chwilę otrzymają polecenie zapięcia pasów, żeby "Feniks" mógł
wykonać poprawki kursu? Słyszał, jak ktoś podawał takie wyjaśnienie. Miał szczerą nadzieję, że jest prawdziwe.
Chyba że "Feniks" ma jakieś kłopoty. Kryło się to we wszystkich pytaniach... ale na panikę było jeszcze o wiele za
wcześnie. Załoga statku wykonuje swoje zadania, a astronauta znający okolicę tylko jednego słońca ma przynajmniej tyle
rozumu, żeby nie wymyślać kłopotów ani nie rozpuszczać plotek - czy to przez pełne nadziei kłamstwa, czy spekulacje na
temat najgorszego rozwoju wydarzeń, jak wpadnięcie do studni grawitacyjnej czy wejście w przestrzeń rzeczywistą zbyt
blisko samej gwiazdy, o czym i tak wszyscy musieli myśleć.
Głupi strach. Były tu roboty i oznaczyły pozycję T 230 z największą dokładnością. Załoga "Feniksa" to
doświadczeni, starannie dobrani ludzie - sam "Feniks" przez pięć lat był statkiem handlowym, zanim został skierowany do
budowy stacji przy T 230, a Narody Zjednoczone nie wydawały miliardów na zdefektowany sprzęt czy załogę, która
trafiłaby statkiem w gwiazdę.
Boże, to chyba nie może być studnia grawitacyjna! To zbyt mało prawdopodobne.
Potrafił rozłożyć na części i z powrotem złożyć pchacz i statek górniczy. Większość problemów ze statkiem
wewnątrzukładowym mechanik potrafił rozwiązać dzięki trafnemu domysłowi i za pomocą śrubokrętu, ale odpowiedź na
3 / 126
Caroline Janice Cherryh - Przybysz
pytanie, co mogło się popsuć w napędzie gwiezdnym - co mogło zawieść w potężnych silnikach oddziałujących na
nadprzestrzeń - leżała całkowicie poza jego kompetencjami i zrozumieniem.
Błyskające słowo UWAGA nagle zniknęło z ekranów monitorów, zastąpione widokiem gwiazd. W pomieszczeniu
rozległo się zbiorowe westchnienie ulgi, przytłumione pomrukiem konsternacji garstki techników, którzy stali razem
pośrodku. Neill i Miyume mocniej ścisnęli się za ręce, bo personel techniczny powtarzał, że coś tu nie gra i gdzie, do
diabła, jesteśmy?
Ten biały rozbłysk wyglądał mu na gwiazdę. Może Miyume też tak uważała. Technicy jednak potrząsali głowami. A
na ekranie płonęło czerwienią coś, czego nie rozumiał.
- To nie jest G5 - odezwał się któryś z techników. - To jakaś cholerna gwiazda podwójna. - A kiedy zwykli robotnicy
zaczęli pytać, co chce przez to powiedzieć, technik warknął: Nie jesteśmy tam, gdzie mieliśmy być, ty głupi ośle!
O czym oni mówią? - zapytał w duchu Neill. To, co słyszał, nie ma sensu, a Miyume wyglądała na przestraszoną.
Technicy mówili, żeby zachować spokój i nie powtarzać pogłosek, ale przekrzykiwał ich ten, który twierdził, że coś jest nie
tak.
- Nie jesteśmy przy żadnej G5!
- To gdzie jesteśmy? - zapytała milcząca dotąd Miyume. Pytała jego albo kogokolwiek, a Neill nie wiedział, co jej
odpowiedzieć. Nie rozumiał, w jaki sposób mogli minąć T 230 - bo przecież dotarli do jakiejś gwiazdy... Z tego, co
wiedział, co mu wpojono w szkole, statki po prostu leciały w założonym kierunku, to było podstawowe prawo fizyki,
prawda? Ustalało się kurs, wytwarzało się pole i leciało, a jeśli miało się wystarczającą ilość paliwa, docierało się na
miejsce.
A tymczasem przez jego ukierunkowany technicznie umysł przebiegały myśli: Czy mogliśmy przeskoczyć naszą
gwiazdę? Jak daleko mogliśmy polecieć przy tej ilości paliwa?
- Mówi kapitan LaFarge...
To był ogólny komunikat i ludzie gwałtownie zaczęli się nawzajem uciszać.
- ...pechowe okoliczności - Neill dosłyszał tylko tyle, a rozpaczliwie chciał usłyszeć, co kapitan ma do powiedzenia.
Paznokcie Miyume wbijały mu się głęboko w dłoń. Wszyscy znów mówili i Miyume na całe gardło krzyknęła: -
Zamknijcie się! - Zawtórowali jej inni.
- ...problem w ustaleniu pozycji - dobiegło następne wyraźne sformułowanie - który nie stwarza bezpośredniego
zagrożenia dla statku...
- To błękitno - biała gwiazda! - krzyknął któryś z techników. - Co to według niego jest?
Ktoś durnia uciszył. Inni uciszali tych, którzy chcieli o coś zapytać.
- ...proszę wszystkich o wykonywanie zwykłych obowiązków - mówił LaFarge - oraz o udzielenie pomocy
personelowi technicznemu w czasie, kiedy my spróbujemy ustalić naszą pozycję. Poszukamy w tym układzie surowców do
uzupełnienia paliwa. Jesteśmy bardzo dobrze przygotowani na taką sytuację. To wszystko. Proszę zachować spokój.
"Ustalić pozycję" - to brzmiało pocieszająco. "Uzupełnienie paliwa" przynosiło jeszcze większą nadzieję. "Dobrze
przygotowani na taką sytuację" brzmiało, jakby załoga miała już jakiś plan. Neill kurczowo się tego trzymał, podczas gdy
jakaś część podświadomości podsuwała mu myśli: "To nie mogło się nam przytrafić... Nic złego nie mogło się stać z tym
statkiem, podjęto na to za dużo środków ostrożności, wszystko było sprawdzone... ".
Zostali przebadani, przetestowano ich umiejętności; żeby choćby zbliżyć się do tej pracy, musieli mieć sterty
rekomendacji. Statkiem mającym na pokładzie cały cholerny program kolonialny Ziemi nie wysyłało się nieudaczników, a
przy tak ważnej misji nie zdarzały się katastrofy. Zbyt długo była planowana. Podjęto zbyt wiele środków ostrożności.
Wszystko szło tak dobrze.
- "Ustalić pozycję" - odezwał się jakiś technik. - Nie podoba mi się to "ustalić pozycję". Czy mówimy o wpadaniu
w studnię grawitacyjną?
- Nie - odparł starszy technik. - O tym, gdzie jesteśmy. Najwyraźniej nie tam, gdzie powinniśmy być.
- Uzupełnić paliwo, akurat - wtrącił jakiś inny technik. Na zewnątrz wszystko zalewa promieniowanie.
Neill zdał sobie sprawę z sytuacji i czując, jak nagle ogarniają go mdłości, pomyślał, że pchacze nie mają
wystarczających osłon do pracy w takich warunkach. Już promieniowanie Jowisza było niebezpieczne. A to... to podwójne
słońce, którego blask powodował zakłócenia pracy kamer...
Piloci - górnicy tego nie przeżyją. A w każdym razie nie przeżyją długotrwałej operacji. Górnicy nie mogli tu
pracować, nie ponosząc nieuniknionych tego kosztów - jeśliby przeciągać czas pracy, wskaźniki napromieniowania kiedyś
wreszcie ściemnieją. Pchacze wyposażone były w osłony dostosowane do otoczenia, w którym miały przebywać, a ich
otoczeniem u celu podróży miała być łagodna, przyjazna G5.
Nie powiedział tego. Miyume wyglądała na przestraszoną. On pewnie też. Liczby zaczęły się dodawać - tak mówili
piloci, kiedy sprawy przybierały zły obrót - firma mogła kłamać, a wynajęty przez nią kapitan mógł odmówić udzielenia
odpowiedzi, lecz bez względu na okoliczności cyfry nigdy człowieka nie oszukają.
Zsumowały się i wynik dodawania w żaden sposób nie mógł się zmienić. Pobożne życzenia się nie liczyły.
Rozdział 4
Pojawił się cień McDonougha i zawisł nad fotelem Taylora, mówiąc, że nie było błędu. Taylor przetworzył tę daną w
informatycznej pustce. Wszystko działo się straszliwie powoli albo wcale. Inne bodźce w jego otoczeniu nie miały
znaczenia. Jego umysł nie dawał się rozproszyć drobiazgom. Na nawigatora zwrócił jednak pilną uwagę... i spróbował
zadać mu pytanie, chociaż trzeba było niewiarygodnie spowolnić pracę umysłu, żeby wyprodukować ten złożony dźwięk:
- Co?
Bełkot, dotyk niepowołanych osób, które coś do niego mówiły. Taylor wyłączył ich głosy, aż znów słyszał tylko
McDonougha, który w nieskończenie powolny sposób oznajmił mu, że uzupełnili paliwo do pełna.
To wymagało przetworzenia: tkwili zatem przy tej gwieździe kilka miesięcy w czasie rzeczywistym. To były istotne
dane.
Następnie nawigator powiedział, że Greene jest chory, dodał coś o wypadku, o pilotach - górnikach i członkach
załogi zmarłych lub umierających na chorobę popromienną, o pilotach szkolących swoich następców, którzy, gdy oni umrą,
przejmą ich zadania... coś o gwieździe, do której mieli nadzieję dotrzeć. Nawigator miał dla niego jakąś gwiazdę, statek był
4 / 126
Caroline Janice Cherryh - Przybysz
zaopatrzony w paliwo i właśnie opuszczał tę piekielną okolicę, oddalał się od tego podwójnego potwora, który nieustannie
do niego śpiewał w wolno poruszającej się ciemności. Po raz pierwszy w tej samotnej wieczności nadeszły nowe dane.
- Punkt - udało się powiedzieć Taylorowi. Potrzebował celu i McDonough podał mu współrzędne, które nie miały
sensu ani w odniesieniu do linii zerowej, ani do miejsca, gdzie musieli się znajdować.
- Błąd - rzekł Taylor. McDonough powiedział wtedy, że obrali sobie inny punkt zerowy, tę gwiazdę, że optycznie
wykryli możliwy punkt masy i namierzyli za nim gwiazdę typu G5.
McDonough wyrzucał z siebie kolejne liczby - ulga była tak wielka, że Taylor się nimi upajał, ale nie przetwarzał
danych, wciąż słuchał McDonougha z boleśnie wytężoną uwagą. McDonough powiedział, że załoga i kapitan chcą, żeby
Taylor wiedział, że zamierzają wykonać skok. Powiedział - tu McDonough nie był zbyt pewny - że według nich Taylor
może mieć świadomość ruchu statku.
No jasne, że ma. Wszystko poruszało się coraz szybciej. Miał w zasięgu wzroku nawet punkty danych, i to po kilka
naraz. Taylor powiedział z wysiłkiem, dostosowując się do szybkości McDonougha:
- Mostek. Już.
McDonough odszedł. Dane przestały napływać. Taylor czekał. I czekał. Czasami wydawało mu się, że minęły lata i
że jedynym sposobem na pozostanie przy zdrowych zmysłach jest czekanie na następny punkt, na następny
usankcjonowany kontakt.
Po długim, bardzo długim czasie, głos McDonougha jednak powrócił z wiadomością, że kapitan chce go mieć jako
pilota na mostku. Pomoże mu Goldberg. Greene, jak przypomniał McDonough, jest chory. Inoki nie żyje. Zmarł przed
trzema laty. Według ziemskiego czasu.
Dane. Musiał wprowadzić czynnik Goldberga jako wsparcie. Jego umysł rwał się do biegu. Powstrzymał go. Zaraz
nadejdą cyfry. Nareszcie będą napływały fale danych, misja zostanie podjęta.
Usiadł. Zagłębił się w fotelu. Ktoś powiedział - to był kompetentny głos, pomyślał, że to Tanaki - że już nie
potrzebuje tego specyfiku. Że teraz jego mózg sam go już wytwarza.
Ciekawe dane. Potem Goldberg zaczął mówić, że dolecieli do samego piekła, zostawiając Ziemię i Sol daleko w
tyle, że wciąż nie wiedzą, jak się tu dostali, ale że przeszli przez coś, co chyba nie było na stałe związane z tą gwiazdą.
- Uważaj - powiedział Goldberg. - Słyszysz mnie?
- Tak - odparł Taylor cierpliwie. Cyfry zaczęły się mnożyć.
Zobaczył masę docelową. Miał ją. Tym razem jej nie zgubi.
Był z nim Goldberg. Wszechświat znów do niego przemawiał, i to z prędkością, którą rozumiał. Wpadł w strefę
przyciągania masy i wyskoczył z niej z beztroskim lekceważeniem grawitacji. Miał w polu widzenia G5. Goldberg przestał
do niego mówić albo po prostu mówił zbyt wolno, by Taylor go słyszał. Miał przed sobą gwiazdę i sięgnął do niej,
spokojny i pewny, że teraz cyfry są właściwe.
Doprowadził statek do celu.
Wyłączył po kolei wszystkie systemy w blasku żółtego słońca.
Wtedy poczuł pewność, że może zasnąć.
Księga 2
Rozdział 1
Obca gwiazda wisiała wysoko na niebie, w ostatnich promieniach słońca płynąc wraz z księżycem nad wzgórzami z
piaskowca. Manadgi przykucnął nad dziwnymi, równymi śladami, ciągnącymi się w glinie nad brzegiem strumienia, i
widząc w nich blizny pozostawione przez maszynę w piaskowcu, zagarnął poły kaftana między kolana i zaczął
nasłuchiwać ze wszystkich kwadrantów nieba, tak pomyślnych, jak i niepomyślnych. Słyszał jedynie ciche ćwierkanie i
cmokanie jakiegoś stworzonka ukrytego gdzieś w krzakach.
Na niebie pojawiły się inne ruchome gwiazdy - maleńkie drobiny światła, chaotycznie krążące wokół tej pierwszej.
Czasami osoby obdarzone bardzo bystrym wzrokiem mogły je policzyć, po dwie i trzy drobinki naraz, lśniące blisko obcej
gwiazdy, przed świtem lub przed zmierzchem.
Ich liczba zmieniała się. Łączyły się i rozdzielały. Czy powinno się zaliczyć do nich obcą gwiazdę, czy też może
należało brać pod uwagę tylko gwiazdy towarzyszące? I od kiedy? Jak można obliczyć, czy ich ruchy są pomyślne, czy też
nie?
Nie potrafili na to odpowiedzieć nawet astronomowie, kiedy przed stu dwudziestu dwoma laty na niebie zaczęła
rosnąć obca gwiazda, gwiazda początkowo tak słaba, że podobno widziały ją tylko najlepsze oczy - gwiazda, która
wznosiła się i zachodziła wraz z księżycem, towarzysząc mu w odwiecznym tańcu ze słońcem.
Potem astronomowie wpadli w zakłopotanie, ponieważ mimo swoich lunet i planetariów wciąż nie potrafili określić,
czy owo zjawisko jest księżycem czy gwiazdą, bo sądząc po jego wyglądzie i zachowaniu, było i jednym, i drugim, a nie
byli pewni jego oddziaływania na inne ciała niebieskie. Niektórzy uważali, że to dobrze, inni, że źle, a tyle samo
pomyślnych wydarzeń dowodziło racji zwolenników tej pierwszej teorii, ile niepomyślnych zdawało się potwierdzać
słuszność drugiej. Tylko nard' Jadishesi jednoznacznie i słusznie utrzymywał, że wszystko to zapowiada zmiany.
W końcu jednak do tego zdania przychyliła się większość astronomów, a gwiazda z każdym rokiem robiła się coraz
większa i dobierała sobie towarzystwo: znajdowała się w stanie ciągłej niestabilności.
Czyż więc można się ośmielić nazwać ją szczęśliwą?
Te ślady, zrobione przez jakąś maszynę, były niewątpliwie prawdziwe i świadczyły o wielokrotnych wypadach z
lądowiska - nawet o zmierzchu, nawet dla oczu mieszczucha. Tachi, którzy na tych wzgórzach wypasali swe stada i znali je
tak dobrze, jak mieszkaniec miasta swoją ulicę, mówili, że z nieba spadły maszyny zawieszone na kwiatach, opadając
coraz niżej, aż do samej ziemi.
Zatem nawiedzenie rzeczywiście miało początek w chmurach, a wraz z tymi opadającymi kwiatami przybyły
maszyny, które jeździły po okolicy, wyrywając drzewa i strasząc dzieci Tachi.
Manadgi wątpił w ich pochodzenie z chmur, tak samo, jak wątpił, że cień rzucany przez jesienny księżyc leczy
reumatyzm. Obecnie było wiadomo, że ziemia krąży wokół słońca, że pochylenie jej osi powoduje zmiany pór roku. W
trwającym wieku rozumu zaczęli pojmować wszystkie te sprawy, a pojmowali je lepiej od czasu, kiedy astronomowie
dworu aijiego zajęli się problemem krnąbrnej gwiazdy i zamawiali coraz lepsze soczewki.
5 / 126
[ Pobierz całość w formacie PDF ]